RobertGorczyński.pl

Widzę Myślę Piszę

Stacja, czyli futurystyczna oferta pracy dla Zakonników.

Szkielet Stacji składał się z 345 tysięcy kompozytowych modułów.
Jeszcze więcej elementów tworzyło sieć przesyłu informacji.
Zsieciowano tam właściwie wszystko.
W rezultacie informacja i prędkość jej przesyłu, stały się najważniejszymi parametrami Stacji.
Po dokonaniu ostatnich testów nowy obiekt wysłano w kosmos.
Stacja miała znaleźć się na orbicie pewnej ziemiopodobnej planety, ale nigdy tam nie dotarła.

Parametry lotu zgadzały się z wytycznymi.
Czas wykonania kolejnych etapów misji także zgodny był z prognostyką.
I nawet właściwości płynów obiegu wspomagania doskonale mieściły się w wyśrubowanych normach kosmicznych agencji.
A jednak…
Jednak Stacja nigdy nie dotarła do celu.
Najpierw pewien mały plastikowy pojemnik wypadł z obejmy,
a jego denko wbiło się w izolację przewodu, który przesyłał impulsy z czujnika do wewnętrznego analizatora temperatury.
W konsekwencji analizator zarejestrował temperaturę o wiele niższą, niż była w rzeczywistości.
Przesłał więc impuls do komputera, by ten zniwelował anomalię.
Komputer uaktywnił system grzewczy i temperatura została podwyższona.
Informacja z potwierdzeniem zmiany, na skutek wgniecenia w izolację przewodu, nie dotarła jednak do analizatora.
Analizator przekazał więc wiadomość o tym, że zmiana nie nastąpiła.
W konsekwencji komputer wykonał swoje zadanie po raz kolejny.
I kolejny…
I kolejny…
Aż doszło do zapłonu wykładziny, pod którą umieszczono pokładowe podgrzewacze.
Wtedy załączył się system gaśniczy.
System był bardzo nowoczesny i zadziałał prawidłowo, obniżając do zera poziom tlenu w całej Stacji.
Chodziło o to, by pożar zdusić w zarodku, bez naruszania właściwości wnętrz.
Kłopot polegał jednak na tym, że tlen został nieodwracalnie zaabsorbowany przez awaryjne pochłaniacze.
Oczywiście na Stacji były też źródła uzupełniające poziom tlenu.
Miały one jednak swoje własne, superczułe termometry, które zamontowano w nich na wypadek pożaru i związanego z tym wzrostu temperatury.
Ich wskazania miały blokować uzupełnianie tlenu w sytuacjach kryzysowych.
System ten zdał egzamin i zablokował zawory.
Wtedy do akcji włączył się system obsługi hibernatorium załogi, który odnotował trwałe zaburzenie warunków wybudzania.
W tej sytuacji system przekazał Komputerowi informację o zagrożeniu życia.
Zabezpieczenie przetrwania załogi należało do priorytetów misji.
Komputer Stacji podjął więc jedyną w tej sytuacji słuszną decyzję i odwrócił ciąg napędu.

Ostatecznie Stacja powróciła na okołoziemską orbitę,
a specjaliści z Ziemi długo nie mogli dociec przyczyny jej absurdalnie samowolnego postępowania.

A kiedy sprawa została zbadana i wyjaśniona, zmieniono procedury.
Od tej pory, oprócz zahibernowanych członków załogi, na pokładzie kosmicznych pojazdów umieszczano też nieuśpionego pilota.
Człowiek ten, którego z czasem zaczęto nazywać Dziadkiem,
miał pieczę nad sprawnym przebiegiem misji.
Z czasem, kiedy misje wydłużały się, nieuśpionych pilotów przybywało.
Po prostu: kiedy nadchodził czas odejścia jednego, wybudzano z hibernacji kolejnego.
W końcu zaczęto ich nazywać
Przodkami…
Na Ziemi i w Kosmosie otaczano ich wielką czcią.
Oni zaś, przede wszystkim, cenili sobie spokój i regularny przebieg dnia…
🙂

2 Comments

  1. Ja bym mogła takim pilotem być. Też sobie cenię „spokój i regularny przebieg dnia”. :)))

  2. Ja chyba jednak wolałabym ziemię. 😆😆😆😆😆

Pozostaw odpowiedź be Anuluj pisanie odpowiedzi

Your email address will not be published.

*

© 2020 RobertGorczyński.pl

Designe By ilonaDESIGNGóra ↑