RobertGorczyński.pl

Widzę Myślę Piszę

Month: Czerwiec 2018

Konfederacja Polski Niepodległej.

Miałem wtedy kilkanaście lat i opowieści Babci w głowie.
Miałem też mnóstwo pięknych marzeń.
Przeczytałem Statut oraz Ideową Deklarację
I z najwyższym wzruszeniem złożyłem pod nimi swój podpis!
A później…
No cóż…
Poszedłem już własnymi ścieżkami.
Został mi jednak wielki sentyment.
I choć nie zrobiłem dla Niej wiele,
to zawsze będę twierdził, że
Konfederacji Polski Niepodległej
bardzo Nam Wszystkim WŁAŚNIE TERAZ (!) brakuje.
P.S.: Z najwyższymi wyrazami szacunku dla Pana Leszka Moczulskiego.

Oświadczenie.

Niniejszym oświadczam, że pragnę by wszystkim było jak najlepiej.
By każdy człowiek, którego spotkam, nie miał do mnie najmniejszego żalu ani pretensji.
By szczęście uśmiechało się do wszystkich i do każdego.
By wszyscy byli dobrzy i życzliwi.
By każdy dzień był udanym dniem.
By zawsze była pogoda i optymalna temperatura,
By wszystko szło zgodnie z naszym planem.
I…
I….
I….
Reszty moich pragnień już nie wyrażę,
bo właśnie zrozumiałem, że są one
zbyt egoistyczne.

Landgraf i czeladnik.

Była to długa i mroczna noc przed wielką bitwą.
Landgraf, z wielką uwagą i cierpliwością, zgłębiał sekrety zawarte w księgach dawnych strategów.
Poszukiwał odpowiedzi na wiele nurtujących go pytań.
Coś jednak nieustannie przeszkadzało mu w tych poszukiwaniach.
Tym czymś był monotonny stukot młotka.
W końcu Landgraf zdecydował się osobiście pozamykać frontowe okna swej siedziby.
Zniecierpliwiony podszedł do pierwszego z nich i wtedy się zawahał.
W ciemnej uliczce, przed bramą starej kamienicy, zobaczył młodego chłopaka pochylonego nad stosem kamieni.
Młodzik, z wielką pasją, starał się obrobić każdy z nich.
Z początku kamienie rozpadały mu się na drobne kawałki.
Po jakimś czasie dzieliły się one na trójkąty, aż w końcu,
większość jego dzieł, zaczęła przypominać sześciany.
– Jak cię zwą?! – krzyknął Landgraf do młodzika.
Chłopak zamarł. Po chwili jednak zrozumiał, że to do niego mowa.
Wstał więc z kolan. Odwrócił się i uniósł głowę.
– Słucham… Jaśnie wielmożnego pana…? – wyjąkał przerażony.
– Jak cię zwą? – powtórzył Landgraf.
– Marcin, panie – odpowiedział młodzieniec.
– Cóż czynisz?
– Ćwiczę panie.
– Cóż takiego?
– Obróbkę kamienia – odpowiedział chłopak.
– Czyż nie ma ku temu innej, stosowniejszej pory?
– Być może jest, ale mój mistrz pragnie bym do jutra opanował tę trudną sztukę.
Muszę więc to zrobić, bo inaczej odeśle mnie do domu, a bez pieniędzy nie będę mógł pomóc moim rodzicom i wtedy umrą oni z głodu.
– I jak ci idzie? – spytał arystokrata.
– Chyba coraz lepiej panie… – odpowiedział chłopak z nadzieją.
– Idź więc już do swej izby na spoczynek – nakazał mu Landgraf.
– Ale… ja jeszcze… – próbował oponować chłopak.
– Nie ma żadnego „ale”… i żadnego „jeszcze”… – przerwał mu pan z pałacu. – To jest rozkaz!
Wtedy chłopak skłonił mu się nisko i zebrał z ulicy wszystkie swoje przybory.
Landgraf natomiast powrócił do swych poszukiwań.
Wówczas też zrozumiał, że najwyższą wartością jest cierpliwość i ćwiczenie.
Wziął więc przykład z młodego rzemieślnika i doszedł do swego celu.
Arystokrata opuścił gabinet o świcie.
Przed spoczynkiem postanowił jednak załatwić jeszcze jedną rzecz:
Na jego osobisty rozkaz zbudzony został jeden z szacowniejszych brukarskich mistrzów w mieście.
Człek ów, wyrwany ze snu, skłonił się Landgrafowi nisko.
– Czym wam mogę służyć panie? – spytał skromnie brukarski mistrz.
– Mam pytanie.
– Pytaj panie o co chcesz… – odpowiedział mistrz.
– Czy twoim uczniem jest niejaki Marcin?
– Tak panie – odrzekł rzemieślnik.
– Co o nim sądzisz? – spytał Landgraf.
– To bardzo zdolny chłopak.
– Prawisz szczerze?
– Rzemieślnik nie może kłamać w takich sprawach – odpowiedział mistrz.
– Jak więc sądzisz, jak sobie jutro da radę?
– Sądzę panie, że jeśli nie zgubi go jutro co pechowego, to zostanie mianowany.
– Doskonale! Mam więc prośbę:
Oceń go bardzo surowo.
I jeśli nie wzbudzi twych wątpliwości, to daj mu tę sakwę.
A druga jest dla ciebie.
– Jak mam to rozumieć panie? – zdziwił się rzemieślnik.
– Zrozum to bardzo prosto – odrzekł Landgraf. – Była noc. Miałem wiele spraw do załatwienia.
Zaś uczeń twój, wykonując twe polecenia, z pozoru mi w tym przeszkadzał.
Ostatecznie jednak dał mi on odpowiedź na nurtujące mnie pytania.

Logika Landgrafa.

– Już wkrótce wrócimy na swoje miejsce… – rzekł Landgraf. – Czeka nas sporo pracy, ale to nieuniknione.
– Z pewnością – zgodził się Wicehrabia z wielką dumą. – Odzyskamy włości i pałace, a lud odda należną nam cześć!
– To nie takie proste – odpowiedział przyjaciel Wicehrabiego.
– O czym myślisz? – zdziwił się Wicehrabia.
– Myślę, że powinniśmy być lepsi. Powinniśmy wyciągnąć wnioski. Winniśmy też rozliczyć się z własnych błędów i zobowiązać do bezwzględnej życzliwości! – perorował Landgraf z pasją, a jego towarzysz przyglądał mu się uważnie.
– Życzliwości?! Względem kogo? – spytał w końcu Wicehrabia.
– Ależ to bardzo proste! – odpowiedział Landgraf. –  Powinniśmy z najwyższą życzliwością podejść do tych, których spotkała krzywda.
– Nie rozumiem… – Wicehrabia był zdumiony. – Przecież to Nao Tathel jest krzywdzicielem. My zaś niesiemy ludziom wolność.
– Mylisz się drogi przyjacielu – odrzekł Landgraf. – Gdyby ludzie nie mieli poczucia krzywdy, nie było by żadnego Nao Tathela, ani też  żadnych  jego sług.
– Wybacz, mości panie Landgrafie, ale jesteś wodzem – odpowiedział Wicehrabia z oburzeniem. – Nie możesz więc ulegać melancholii!
– Doceniam twoją troskę, drogi przyjacielu, ale to nie melancholia. To żelazna logika. Zaś wódz, jeśli chce pozostać wodzem, w żaden sposób nie może mylić skutków z przyczynami…

Buty Cesarza.

Nao Tathel dołożył wszelkich starań, by je zdobyć lecz Poczet strzegący tej świętej relikwii umknął mu w ostatniej chwili.
Jeźdźcy w mundurach dawnej imperialnej kawalerii, bez wytchnienia,  zmierzali do celu.
Po drodze widzieli wiele klęsk i pogromów, ale nic nie odwiodło ich od wykonania misji. Pamiętali oni dobrze ostatnie słowa Cesarza Imperium Rozynu:
– Szlachetni panowie, mój czas dobiega końca. Za chwilę podejmę ostateczną walkę z naszym wrogiem. Oddaję wam pod opiekę rzecz bardzo przyziemną, ale najważniejszą – moje buty. W nich zwyciężałem. W nich podejmowałem decyzje. W nich też starałem się sprostać klęsce. Przepowiednia mówi, że na głębokim południu, w lasach pod górami, pojawi się ten, który przyniesie wam wolność. Moją cesarską wolą jest więc to, byście dostarczyli owemu szlachetnemu mężowi, te buty. Niech, dzięki nim, poczuje jak wielka odpowiedzialność spoczywa na tym, kto w nich kroczy. Niech pozna was wszystkich i umiłuje, tak jak ja was wszystkich poznałem i umiłowałem!
*
Cesarski Poczet dotarł do granicznych posterunków wojsk Landgrafa przed północą.
Widok mundurów jeźdźców Imperium Rozynu wywarł na wojakach Landgrafa tak wielkie wrażenie, że we wszystkich jednostkach zapłonęły pochodnie.
Poczet Cesarza pojawił się przed kwaterą Landgrafa tuż przed godziną pierwszą w nocy.
Landgraf, Wicehrabia i wszyscy towarzyszący im wyżsi oficerowie, wyszli im na spotkanie.
– Czołem mości panowie! – krzyknął Landgraf i zdjął z głowy swój paradny, trójgranny kapelusz. To samo uczynił Wicehrabia i pozostali oficerowie.
– Cześć oddajemy waszej miłości i zgodnie z wolą Cesarza Rozynu, wyrażamy pragnienie rozmowy z przywódcą tutejszych formacji!
– Jam jest! – rzekł Landgraf i wystąpił przed swoich.
W tej chwili cesarscy oficerowie oddali mu pokłon i przekazali okutą, purpurową skrzynię.
– Oto dar Jego Cesarskiej Wysokości! – powiedział pierwszy z nich
Landgraf odebrał skrzynię. Postawił ją na dębowym stole i uniósł wieko.
Była w niej para czarnych, połyskujących butów.
Wtedy oficerowie powtórzyli mu przesłanie Cesarza.
Landgraf w milczeniu przyglądał się cesarskim butom.
– Myślę, że powinieneś je założyć… – powiedział Wicehrabia. – Nawet jeśli nie jesteś gotów, takie chwile są znakiem i wskazują nam drogę.
Wówczas Landgraf uniósł Cesarskie Buty wysoko i założył na nogi.
Żołnierze wiwatowali długo, a Cesarskich Gwardzistów podjęto sutą ucztą.
*
– Co mówią nasi ludzie? – spytał Król Nipru swego Sekretarza.
– To, że ów Landgraf przyjął Cesarski Dar i złożył przysięgę.
– Jakiej treści?
– Przysiągł, że będzie walczył o wolność wszystkich ludzi z krain podbitych przez Nao Tathela.
– Piękne słowa… – stwierdził Król Nipru.
– Co Wasza Królewska Mość o tym sądzi?
– Myślę, że czeka go ostatnia próba – odpowiedział Król Nipru. – Jeśli ją przejdzie, wtedy wyślemy mu Odsiecz.

Moc Słuchadeł.

Drodzy przyjaciele! Kochani rodacy! Drodzy sprzymierzeńcy! Jeżeli nie wiecie jeszcze o tym, co stało się w przezacnym mieście Tsentignnon, to z całym należnym wam szacunkiem, niniejszym komunikuję, że po latach klęsk i upokorzeń, udało się nam odzyskać pierwszy skrawek naszej wspólnej ziemi…
– Co o tym sądzisz? – Król był wyraźnie poruszony.
– Trudno powiedzieć. To bardzo słaby przekaz… – odrzekł królewski Sekretarz.
– Nie mniej jednak, od upadku stolicy, Słuchadła głucho milczały – wtrącił się Kanclerz.
– To może być jakaś prowokacja – powątpiewał Sekretarz.. – Może Dzicy znaleźli sposób na ożywienie Słuchadeł?
– O ile pamiętam, Cesarz przed ostatnią bitwą, nakazał zniszczyć wszystkie Mówidła. Poza tym jednym, które ma przemówić – odpowiedział Król.
– A jeżeli nie wszystkie zniszczono i któreś z nich wpadło w ręce Dzikich? – Sekretarz był konsekwentny. – Wasza Królewska Mość pozwoli, że przypomnę, ile wysiłku trzeba było włożyć w to, by skutecznie ukryć się za górami.
– Masz rację mości Sekretarzu – zgodził się Król. – Musimy zachować najwyższą ostrożność. Wszyscy, jak tu stoimy, odpowiadamy za bezpieczeństwo mieszkańców Królestwa Nipru. Wszyscy też musimy pamiętać, że w naszej stolicy, w Norancie, spoczywają Cesarskie Regalia. Nie mniej jednak, rozkazuję byście na bieżąco informowali mnie o postępach tego… Jak mu tam…?.
– Landgrafa Larsji… – podpowiedział królewski Sekretarz.
– Właśnie… Landgrafa Larsji… Czy wiemy kim on jest?.
– Jeśli to rzeczywiście on, to pochodzi ze starego i zasłużonego rodu – odpowiedział Sekretarz. – Wasza Królewska Mość na biurku znajdzie jego przedwojenne dossier.
– Z wielką uwagą się z nim zapoznam – stwierdził monarcha.
– Przypomnę jednak…
– Cenię sobie twoje zdanie, mój Sekretarzu i właściwą ci zapobiegliwość. Nie mniej jednak, stara przepowiednia mówi, że Imperium odrodzi się na południu, a Dzicy znajdą się w żelaznych kleszczach.
– Mowa też o naszym okręcie…. – odpowiedział królewski dostojnik.
– Zgadza się. Wiedz jednak, że daleki jestem jeszcze od wysyłania im naszej „Odsieczy”. Najpierw, tak jak mówisz, muszę być pewien, że gwiazda Landgrafa Larsji jest tą, na którą czekamy.
*
Landgraf zbudził się w środku nocy.
Śniło mu się, że jest ktoś, kto bacznie mu się przygląda.
Landgraf natomiast z utęsknieniem oczekiwać miał okrętu…
*
Wczesnym rankiem do jego kwatery wpadł Wicehrabia.
Wicehrabia oznajmił przyjacielowi, że dotarły doń wieści o niepokojach w całym dawnym władztwie Rozynu. Po wysłuchaniu komunikatu nadanego przez Landgrafa, młodzi ludzie z różnych krain, zbierali się w gromady, gotowi rzucić się do walki z Dzikimi.
– Muszę do nich przemówić! – zdecydował Landgraf.
– I to natychmiast! – zgodził się z nim Wicehrabia.
*
Wicehrabia przekręcił wielkie pokrętło Mówidła i Landgraf odezwał się tymi słowy:
– Młodzi, szlachetni mieszkańcy wszystkich prowincji Imperium Rozynu! Doszły do nas wieści o tym, że zbieracie się, w sobie znanych miejscach, gotowi podjąć upragnioną walkę ze znienawidzonym wrogiem! Cieszy mnie niezmiernie wasz hart ducha i wasza postawa!
Powiem wam jednak stanowczo i otwarcie, że nie czas na to jeszcze! Nie przyszedł jeszcze moment na tak wielką ofiarę. Nie mamy bowiem teraz siły, by dopomóc wam na tyle, byśmy wszyscy zwyciężyli. Poskromcie zatem swe szlachetne uczucia. Nie rzucajcie się wrogowi w oczy. Ćwiczcie w ukryciu wojenne rzemiosło i wypatrujcie znaku.
Znakiem tym ma być przybycie okrętu…
*
Król Nipru był wstrząśnięty.
– Co o tym myślisz, Sekretarzu?
– Prowokacja i dywersja. O tym myślę, mój panie – odpowiedział dostojnik.
– Rozumiem twą przezorność – odpowiedział Król Nipru niepewnym tonem.
Ostatecznie jednak, i on i jego sekretarz, zgodzili się co do tego, że z wielką uwagą należy przyglądać się dalszym postępom Landgrafa…

Odmieńcy z Zaalenburga.

O mieście Zaalenbug wiadomo było, że za czasów Imperium Rozynu chronili się w nim ludzie o odmiennych własnościach.
Podobno widziano tam kiedyś człowieka o dwóch głowach, kobietę z brodą i chłopców miłujących chłopców.
Landgraf zdobył to miasto po ciężkiej bitwie.
Dzicy nie opuścili murów z ochotą.
Wojska Landgrafa podeszły pod nie wieczorną porą.
Kanonady i zmagania trwały aż do północy.
Wyzwolicieli powitał burmistrz pochodzący z nadania Dzikich.
Burmistrz podjął Landgrafa wieczerzą.
– Czy wszyscy mieszkańcy miasta są już bezpieczni? – spytał Landgraf, gdy podano jadło.
– Wszyscy godni i owszem – odpowiedział burmistrz.
– Co masz na myśli mówiąc: „godni”? – wtrącił się Wicehrabia.
– Ano myślę o tych, mości panie, co są zdrowi…
– To o chorych tu nie dbacie? – rzekł przyjaciel Landgrafa.
– Dbamy i owszem. Gdy kto zachorzeje, kobiety sposobią dekokty i zdrowie chorym szybko wraca – odrzekł włodarz miasta.
– To o kim mowa? – drążył Wicehrabia.
– Ano o tych odmieńcach – rzucił jeden z mieszczan.
– W czym rzecz? – wtrącił się Landgraf.
– Podobno przynoszą nieszczęście – stwierdził burmistrz i zajął się obgryzaniem mięsiwa.
– „Podobno”, to niewiele… – skomentował Wicehrabia.
– A jak traktowali ich Dzicy? – zapytał Landgraf.
– Dzicy ich wieszali albo więzili – odpowiedział burmistrz.
– Radzisz więc, byśmy postąpili tak samo?
– Mówię tylko, że mogą być zdradliwi i niebezpieczni – stwierdził włodarz.
– A konkretnie? – spytał Wicehrabia.
– Nigdy nie widziano ich w Świątyni – powiedział mieszczanin.
– Budzą też zadziwienie i niepokój ludzi… – dodał burmistrz.
– I to wszystko? – zdziwił się Wicehrabia.
– Dla nas maluczkich, to aż nazbyt wiele – podsumował włodarz. – Może wielcy panowie widzą to inaczej, ale my tu tego nie lubimy.
Kolacja nie trwała długo. Zebrani spożyli strawę i rozeszli się do kwater.
Landgraf pożegnał się z Wicehrabią po krótkiej odprawie.
– Co wasza miłość sądzisz o mowie burmistrza? – spytał nagle Wicehrabia.
– Myślę, że po rozprawie z Dzikimi, czeka nas jeszcze większa i cięższa wojna… domowa.

Wierzchowce Landgrafa.

Po pierwszej wygranej bitwie nadeszło spokojniejsze popołudnie.
Nao Tathel nie podjął jeszcze działań, a ludzie w krainach dawnego Imperium Rozynu cieszyli się z tego, że odżyły  ich Słuchadła.
– Myślę, że nadeszła pora, by dokonać przeglądu naszych wojsk – rzekł Landgraf do Wicehrabiego.
– To prawda – odpowiedział Wicehrabia i przywołał adiutantów.
Pół godziny później, we wszystkich obozach sprzymierzonych, odezwali się trębacze.
Landgraf dziarsko dosiadł konia.
Za nim podążył Wicehrabia ze sztabowcami.
Po chwili byli już na pierwszym apelowym placu.
Armia Landgrafa, tylko z pozoru była różnobarwną zbieraniną.
Liczne szeregi, karnie stawiły się pod komendę i szybko reagowały na rozkazy.
Apele w kolejnych obozach przebiegały sprawnie i bez zwłoki.
– Co o tym sądzisz, mości Wicehrabio?
– Myślę, że pora jutro ruszyć w drogę… – odpowiedział arystokrata.
A kiedy przyjaciel Landgrafa wyrzekł te słowa, w obozach posłyszano narastający tętent tysięcy końskich kopyt.
– A więc zaczęło się… – pomyślał Landgraf i… – Formować szyki! – krzyknął do żołnierzy!
Nim jednak kolumny zdołały ustawić się do strzału, na apelowym placu pojawił się pierwszy ze spłoszonych koni.
Po nim nadbiegły kolejne.
Było ich całe mrowie.
Mocno zdrożone, biegły w bezładzie.
Niektóre z nich miały jeszcze siodła.
Siodła były zdobne w zielono-złote barwy.
Wicehrabia wydał rozkaz, by je wyłapano.
– Jakie znaki mają u boku? – spytał Wicehrabia.
– To herby Królestwa Geworii – odpowiedział Landgraf.
– Na Moc Absolutu! – wykrzyknął Wicehrabia – Toż to wierzchowce najsłynniejszej kawalerii Świata!
– Tak, mości panie Wicehrabio, ta wojna będzie bardzo ciężka, ale jak rzekłeś, czas już ruszać w drogę.
Na rozkaz Landgrafa konie Kawalerii Królestwa Geworii nakarmiono i oczyszczono.
Zgodnie z wolą wodza, na tych właśnie koniach ruszyć mieli do boju landgrafowi ułani.
– Pomyśl tylko, mości panie, jak wielka będzie radość mieszkańców geworyjskiej stolicy, gdy dotrzemy tam na nich, przynosząc królestwu upragnioną swobodę…

Pierwsze starcie, czyli głos nadziei…

Zaczęło się niewinnie.
Szpica wojsk Landgrafa podeszła pod peryferyjne zabudowania miasteczka Tsentignonn.
Szpicy przewodził doświadczony wachmistrz, niejaki Turdo At Lonna.
Podoficer ów zręcznie doprowadził podwładnych pod mury i zakomenderował siedem ostrych salw do kompletnie zaskoczonego wroga.
*
(Czcigodny Pan Turdo, po latach, wspominał, że głównym motywem jego działania była wściekłość na Dzikich za lata klęsk i zło wyrządzone jego bliskim.
Najeźdźcy uśmiercili mu ojca, matkę i dwóch braci).
*
Później, sprawy potoczyły się szybko.
Zaskoczona wataha Dzikich poszła w rozsypkę.
Wachmistrz Turdo i jego podkomendni nie żałowali kul ani prochu.
Po trzydziestu antyfonach do miejscowych Bogów, do akcji wkroczyła Kawaleria Baronów Landgrafa i Dzicy zostali starci na proch.
*
– Ilu ich było?! Ilu?! – grzmiał Nao Tathel.
– Nie więcej niż parę setek, panie… – odpowiedział sługa wodza.
– Nie więcej niż parę setek?! Kpisz sobie?! Czyżbyś nie wiedział, że takie są początki końca?!
– Panie… Przecież oni zdołali odbić tylko jedną małą mieścinę… – wysapał sługa łamiącym się głosem..
– Naprawdę jesteś aż tak głupi, czy tylko udajesz?! Gadaj mi tu, kto im przewodzi?!
– Nikt szczególny panie, pewien staroświecki arystokrata – Landgraf Larsji i jego przyjaciel Wicehrabia Bunderwaldu.
– Ja po prostu nie wierzę własnym uszom! – Nao mrużył oczy ze zdumienia – Wyjawiasz mi tu imiona największych naszych wrogów i nie przywiązujesz do tego najmniejszej wagi?!
Po czyjej ty jesteś stronie?! Pytam!
– Jestem waszym najwierniejszym sługą, panie….
– Jeśli tak, to koniec bliski! – warknął Nao Tathel.
*
– Myślisz waść, że to podziała? – spytał Landgraf.
– Jestem pewien! – odpowiedział Wicehrabia.
– Tyle już przecież lat minęło od upadku Imperium… – powątpiewał arystokrata.
– Z tego co wiem, ludzie są bardzo przywiązani do pamiątek po dawnych, dobrych czasach.
Ukrywają Słuchadła w domach wierząc, że kiedyś posłyszą głos nadziei – odparł Wicehrabia z przekonaniem. – A teraz właśnie nadszedł ten moment
– Skoro tak, zaczynajmy! – odpowiedział Landgraf.
– Czy wasza miłość przygotował swoją mowę? – spytał Wicehrabia.
– Człowiek odpowiedzialny zawsze wie, co chce powiedzieć – odrzekł Landgraf.
– A zatem czas najwyższy przywrócić Światu wiarę – ucieszył się  Wicehrabia i przekręcił wielkie, karbowane pokrętło starej maszyny.
Maszyna roziskrzyła się światłami. Wydała długi, monotonny dźwięk i zamilkła, gotowa do działania.
– Teraz, łaskawy panie… – szepnął Wicehrabia.
*
– Drodzy Przyjaciele – Kochani Rodacy! Drodzy Sprzymierzeńcy!.
Jeżeli nie wiecie jeszcze o tym, co stało się w przezacnym mieście Tsentignnon, to z całym należnym wam szacunkiem, niniejszym komunikuję, że po latach klęsk i upokorzeń, udało się nam odzyskać pierwszy skrawek Naszej Wspólnej Ziemi!
Od tej też pory, ciemiężyciel nasz i wróg, nie zazna już spokoju…
*
Słudzy i wojownicy Nao Tathela nigdy nie widzieli go w takim stanie.
Gdy mowa Landgrafa Larsji dobiegła końca, Nao, zdobywca i krwawy wódz, był po prostu blady.
– Kto mógł to usłyszeć? – spytał głuchym tonem.
– Prawdopodobnie poddani z różnych zakątków Wrażej Strony(*) – stwierdził Technik.
– Czy możesz mi łaskawie powiedzieć, dlaczego tak jest? – spytał Nao swego sługę.
– Panie, od upadku stolicy, wszystkie te idiotyczne Słuchadła głucho milczały.
Uznaliśmy więc, że ich milczenie jest kolejnym, dobitnym dowodem naszego wielkiego zwycięstwa – odpowiedział sługa.
W tym momencie Nao był już bliski furii:
– Co znaczy…: „uznaliśmy”? – syknął. – KTO?! Uznał?! – wrzasnął Nao.
– No… My… Walczący… – wybąkał sługa i zastygł w głębokim ukłonie.
*
Jeszcze tego samego dnia, Nao Tathel kazał powiesić swego sługę, a we wszystkich podbitych krainach pojawili się woje Tathela z misją odebrania ludziom nadziei.
Tak oto zaczęła się długa i krwawa wojna, której miarą była stal, krew i… głos.
CDN.

(* Wraża Strona – pogard. – w słownictwie Dzikich – pokonane Imperium Rozynu).

© 2020 RobertGorczyński.pl

Designe By ilonaDESIGNGóra ↑