RobertGorczyński.pl

Widzę Myślę Piszę

Dla Kasieńki.

Piosenka płynęła nad ulicami. Z tej odległości nie usłyszałem jej słów.
Słyszałem tylko brzmienie.
Intrygujący rytm: trak taka tak tak trak dua tak…
Było sobotnie popołudnie. Nie miałem nic do roboty.
Postanowiłem więc pójść jej śladem.
Trak taka tak tak trak dua tak…
Rytm… rytm… rytm!
Szedłem w kierunku rzeki. a dźwięki stawały się coraz bardziej wyraźne i głośne.
Przyspieszyłem kroku. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w miejscu, gdzie stoi orkiestra, grupa muzyczna, albo grajek solista.
Minąłem dwie przecznice, aż doszedłem do rozwidlenia ulic.
Stały tam wysokie barokowe kamienice.
W ich oknach od parteru, aż po strychy, pstrzyły się kolorowe kwiaty.
Drzwi niektórych domów były otwarte.
Inne zamknięto na głucho.
Niektóre sprawiały wrażenie nieotwieranych od stuleci.
Miasto nie było jednak martwe. Wręcz przeciwnie!

Trak taka tak tak trak dua tak…

Teraz zdałem sobie sprawę, że ten rytm to puls.
Znowu przyspieszyłem kroku.
Bałem się, że nie zdążę i muzyk lub muzycy zakończą swój koncert zanim ich zobaczę. Miałem jednak szczęście. Wybrałem jedną z rozwidlających się ulic.
I ku mojej radości, muzyka była coraz głośniejsza!
Aż po kilkuset krokach (opłaconych zadyszką!), znalazłem się na rozległym placu z kolumną, pod którą koncertowała grupa składająca się trzech dziewczyn i dwóch facetów.
Mężczyźni grali na saksofonach. Dwie dziewczyny na skrzypcach,
a trzecia – używając przenośnego mikrofonu – śpiewała piosenkę:
Nie jestem pewna czy mnie znasz.
Nie jestem pewna skąd cię znam.
Patrzysz jednak na mnie tak
Jakbyś widział każdą moją myśl.
Daj mi więc słowo, że się nie zatrzymasz
Kiedy będzie trzeba pójść
Tam gdzie nie ma gór,
Gdzie nie ma miast,
Gdzie nie ma łąk!
Powiedz mi tylko ,
Że ze mną będziesz,
Kiedy nie będzie już niczego…

Trak taka tak tak trak dua tak…

Plac był piękny. Otaczały go pałace i kamienice.
Jeden z jego narożników kończył się schodami.
W dole widać było wielką, głęboką rzekę.
Co jakiś czas rzeką sunęły, na przemian, barki albo wycieczkowe stateczki.
Wybrałem ławkę pod drzewem i latarnią. Kiedy na niej usiadłem zatopiłem się w muzyce.
Dziewczyny były ładne, a faceci świetnie ubrani.
Niesiony muzyką nie zauważyłem zachodu słońca.
Młodzi muzycy grali jeszcze długo. Widać było, że sprawia im to prawdziwą przyjemność.
Ja też nie zamierzałem ruszać się z tego bezpiecznego miejsca
Dookoła skrzyły się pięknie oświetlone domy.
A w pewnym starym pałacu, w oknie na strychu, jarzyło się osobliwe, błękitne światło.
Pomyślałem sobie, że to jakiś fajny LED.
(A Duch Miejscowego Doży podobno był szczerze rozbawiony moją pomyłką).
W końcu przybyszowi z północy mogą zdarzać się podobne rzeczy.
Miałem prawdziwe szczęście, że miał słabość do słabości barbari…

 

2 Comments

    • degorki

      18 października 2016 at 20:24

      Po latach niepewności nareszcie odkryłem własną drogę.
      Teraz pisząc płaczę.
      To dobrze,
      bo to oznacza, że moja dusza wreszcie się oczyszcza.
      I nie wiem co mnie spotka, ale już z tej drogi nie zejdę.
      Tobie też tego życzę.
      Twoje obrazy są piękne.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2021 RobertGorczyński.pl

Designe By ilonaDESIGNGóra ↑