RobertGorczyński.pl

Widzę Myślę Piszę

Author: degorki (page 141 of 189)

Dziś wybory w Stanach Zjednoczonych.

W najgorszych nawet czasach komunizmu Stany Zjednoczone były punktem odniesienia.
Rządziły tam zawsze stabilne i przewidywalne władze.
Jako Polak i zdeklarowany Zachodni Europejczyk mam nadzieję, że tak pozostanie.
Mam więc nadzieję, że Trump NIE wygra, a Putin nie otworzy swojego oczekiwanego szampana.

Kongo.

Kocham te bębny nad ranem
Zwołujące ludzi do pracy
Pokochałem je w chwili,
Gdy biali panowie przestali władać nad nimi.
Pokochałem je, gdy okręty przestały zabierać ich za ocean,
(A biali oficerowie nie rządzą już w Kapsztadzie!).
Kongo Tajemnicze, magiczne miejsce w Afryce,
Nigeria,
Republika Południowej Afryki,
Algieria,
Nigdy nie byłem w tamtych stronach,
Ale widzę ile naszej planecie dać one mogą!
Kongo!
Afryka!
Niezbadana planeta!
Zapomniana przeszłość,
Nieznana przyszłość.
Tam niemożliwe staje się możliwe!
I takie właśnie jest Kongo.
Zapomniana kolebka
Naszej Wspólnej Sprawy.

Mam dla Ciebie kwiaty.

Jeśli ich nie przyjmiesz,
Rozrzucę je wzdłuż drogi.
Wtedy ktoś pomyśli sobie,
Że szła tamtędy procesja.
Lecz tylko my będziemy wiedzieć,
Że znak to jest żałoby.

Wielka cerkiew w centrum Poznania.

Co jakiś czas we śnie odwiedzam centrum Poznania.
I nie jest to to centrum, które można zobaczyć teraz.
Teraz Poznań przyczaił się i drzemie. Teraz Poznań nie jest areną historycznych wydarzeń.
Ja jednak widzę o wiele więcej. Widzę jego przyszłość.
A ta przyszłość jest niezwykła.
Już po raz kolejny śni mi się, że idę Alejami Niepodległości, obok Zamku, w stronę dworca.
Tej nocy zobaczyłem jednak coś całkiem niesamowitego.
Widziałem wielką cerkiew z ogromną kopułą, taką jak te w Moskwie.
Cerkiew zbudowano tam, gdzie stoją teraz budynki za Akademią Muzyczną.
Ta ogromna prawosławna świątynia górowała nad wszystkim, co do tej pory wyrosło w naszym mieście.
Górowała nad całym Poznaniem, a po galeriach, na jej dachach, przechadzali się ludzie podziwiający panoramę.
Na szczęście opowiedziałem ten sen żonie.
Opowiedziałem go w szczegółach i w całości!
Oboje szczerze wierzymy, że sny opowiedziane się nie sprawdzają.

Laleczka.

– Po co ci ten pistolet? – spytał pierrot zasłaniając się kwiatami.
– Mam go, bo czuję ból! – odpowiedziała ostro.
– Mnie też często coś boli, ale nie kupuje sobie pistoletów – zdziwił się błazen.
– Zabawny jesteś… – podsumowała patrząc mu prosto w oczy.
Laleczka była piękna: włosy, oczy, usta, biust.
Wszystko doskonale wpasowane w idealną normę.
A jednak czuła ból i z tego powodu sprawiła sobie pistolet.
– Ale nie odpowiedziałaś na moje pytanie – pierrot nie ustępował.
– Przecież już ci wszystko powiedziałam! – wściekała się.
– Ale ja chcę wiedzieć, kogo chcesz zastrzelić? – naciskał.
– Może ciebie…
– Daj spokój, chyba nie dałem ci powodu – racjonalizował trefniś.
– A skąd wiesz?! – teraz Laleczka kipiała złością.
– Myślę, że nie.
– Co nie?! – ryknęła.
– Myślę, że jednak nie dałem ci powodu,
– No dobrze – zgodziła się nagle. – Nie o ciebie chodzi. Gdybyś chciał się czegoś dowiedzieć, musiałbyś zapytać nie kogo, lecz co chcę zastrzelić.
– A co chcesz zastrzelić?
– Mój ból.
– Powtarzasz to bez sensu.
– Bez sensu?!
– Według mnie od leczenia bólu są lekarze, a nie pistolety – chłopak rzeczywiście niczego nie rozumiał.
Nie rozumiał i do niczego już nie doszedł.
W każdym razie Laleczka uznała, że rozmowa z pierrotem ją nudzi.
Wzięła więc pistolet do ręki, włożyła go do swojej wielkiej torby w kwiaty i motyle i poszła do miasta.
(A o jej wyczynach rozpisywały się później media).
Trefniś natomiast udał się na spoczynek.
Rozmowy z Laleczką zawsze bardzo go wyczerpywały.
Teraz miała w ręku pistolet,
Kiedyś przyszła z nożem,
Jeszcze innym razem z kuszą.
A błazna zawsze wtedy przeszywał głęboki dreszcz.
Tak jakby wewnętrznie przeczuwał,
że Laleczka chce się zemścić właśnie na nim.
Czuł tak, choć nigdy by tego nie zrobiła…
Ktoś przecież musi ją wysłuchać.

Eliksir.

Wetrzesz go tylko tyle, ile zmieści się na paznokciu,
poczujesz się o niebo lepiej i będziesz mógł (niczym młody bóg!), przenosić góry.
Wetrzesz go tyle, co na palcu,
sprawisz, że cofnie się czas i znajdziesz się z powrotem w rodzinnym domu.
Weźmiesz go na górkę, sprawisz że Słońce w miejscu stanie,
a ty wysiądziesz z czasu jak pasażer z tramwaju.
Lecz nadal będziesz mógł pozostać w tym stanie,
tylko tyle, ile wynosi stosunek zbyt wielkiej dawki do mocy twojego ciała.
A jeżeli weźmiesz go jeszcze więcej
zaniknie już wszystko
i pozostaniesz tylko ty
jak wycięta postać z tła
I będziesz miał ogromną moc
zdolną przywołać każdego
lecz zbyt małą by powrócić tam
gdzie nie trzeba ci było eliksiru…

Radocha!

Gdyby nie była taka fajna,
mogła by być tak bezwzględna jak Młot Thora!
Faktem jest, że zrywa się tak niespodziewanie jak burza,
i pędzi nieokiełznana od jednej roześmianej twarzyczki do drugiej.
A kiedy się kończy, wszyscy czerwienieją ze wstydu.

Przydarzyło mi się to już kilka razy w życiu
I za każdym razem odkrywałem
Jakieś jej drugie dno.

Bo każda radocha jest
czymś podszyta.
A ta najlepsza,
taka sama z siebie,
To bardzo często mit.

Jastrząb.

Dziób,
Skrzydła,
Szpony,
I charakter. ..

Myślę, że to ostatnie jest najważniejsze.
🙂

Pierun nad Litwą.

Jaśnistym ogniem poraził pielgrzyma.
Zszedł nad lasem ku ziemi.
Rozwidlił się i runął!
W pobliskiej wsi ludzie pobudzili się.
Dzieci zapłakały, baby podniosły lament,
a mężczyźni wyszli przed chaty!
I wtedy stał się cud…
Ostrobramska Maryja zajaśniała pośród nocy.
Odbiła się blaskiem w falach Świtezi
I promieniami oświetliła wszystkie wileńskie ulice!
Ponoć nawet na jednym z placów pojawił się cień Adama Mickiewicza.
Natomiast Nina zbudziła się w środku nocy…
🙂

Dla Kasieńki.

Piosenka płynęła nad ulicami. Z tej odległości nie usłyszałem jej słów.
Słyszałem tylko brzmienie.
Intrygujący rytm: trak taka tak tak trak dua tak…
Było sobotnie popołudnie. Nie miałem nic do roboty.
Postanowiłem więc pójść jej śladem.
Trak taka tak tak trak dua tak…
Rytm… rytm… rytm!
Szedłem w kierunku rzeki. a dźwięki stawały się coraz bardziej wyraźne i głośne.
Przyspieszyłem kroku. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w miejscu, gdzie stoi orkiestra, grupa muzyczna, albo grajek solista.
Minąłem dwie przecznice, aż doszedłem do rozwidlenia ulic.
Stały tam wysokie barokowe kamienice.
W ich oknach od parteru, aż po strychy, pstrzyły się kolorowe kwiaty.
Drzwi niektórych domów były otwarte.
Inne zamknięto na głucho.
Niektóre sprawiały wrażenie nieotwieranych od stuleci.
Miasto nie było jednak martwe. Wręcz przeciwnie!

Trak taka tak tak trak dua tak…

Teraz zdałem sobie sprawę, że ten rytm to puls.
Znowu przyspieszyłem kroku.
Bałem się, że nie zdążę i muzyk lub muzycy zakończą swój koncert zanim ich zobaczę. Miałem jednak szczęście. Wybrałem jedną z rozwidlających się ulic.
I ku mojej radości, muzyka była coraz głośniejsza!
Aż po kilkuset krokach (opłaconych zadyszką!), znalazłem się na rozległym placu z kolumną, pod którą koncertowała grupa składająca się trzech dziewczyn i dwóch facetów.
Mężczyźni grali na saksofonach. Dwie dziewczyny na skrzypcach,
a trzecia – używając przenośnego mikrofonu – śpiewała piosenkę:
Nie jestem pewna czy mnie znasz.
Nie jestem pewna skąd cię znam.
Patrzysz jednak na mnie tak
Jakbyś widział każdą moją myśl.
Daj mi więc słowo, że się nie zatrzymasz
Kiedy będzie trzeba pójść
Tam gdzie nie ma gór,
Gdzie nie ma miast,
Gdzie nie ma łąk!
Powiedz mi tylko ,
Że ze mną będziesz,
Kiedy nie będzie już niczego…

Trak taka tak tak trak dua tak…

Plac był piękny. Otaczały go pałace i kamienice.
Jeden z jego narożników kończył się schodami.
W dole widać było wielką, głęboką rzekę.
Co jakiś czas rzeką sunęły, na przemian, barki albo wycieczkowe stateczki.
Wybrałem ławkę pod drzewem i latarnią. Kiedy na niej usiadłem zatopiłem się w muzyce.
Dziewczyny były ładne, a faceci świetnie ubrani.
Niesiony muzyką nie zauważyłem zachodu słońca.
Młodzi muzycy grali jeszcze długo. Widać było, że sprawia im to prawdziwą przyjemność.
Ja też nie zamierzałem ruszać się z tego bezpiecznego miejsca
Dookoła skrzyły się pięknie oświetlone domy.
A w pewnym starym pałacu, w oknie na strychu, jarzyło się osobliwe, błękitne światło.
Pomyślałem sobie, że to jakiś fajny LED.
(A Duch Miejscowego Doży podobno był szczerze rozbawiony moją pomyłką).
W końcu przybyszowi z północy mogą zdarzać się podobne rzeczy.
Miałem prawdziwe szczęście, że miał słabość do słabości barbari…

 

Older posts Newer posts

© 2026 RobertGorczyński.pl

Designe By ilonaDESIGNGóra ↑