RobertGorczyński.pl

Widzę Myślę Piszę

Tag: robert gorczyński (page 39 of 84)

Gangsterka RXLYM.

Cóż to znaczy?!
Doprawdy nie wiem!
Wiem jednak, że podobnych graffiti widzę w mieście tysiące.
I czuję, że ktoś próbuje zrobić na mnie wrażenie,
ale niestety pojąć nie mogę, jak można domagać się uznania czyniąc akty wandalizmu?!
Ja, na przykład, płacę rocznie pewną niewielką kwotę i piszę na niniejszym blogu to, co mi się żywnie podoba.
Czy oni – graficiarze – nie mogą robić czegoś podobnego, nie niszcząc przy okazji naszego otoczenia?

Czarny jeździec.

Wydaje mi się, że tej nocy nadejdzie wyzwolenie.
Przy karczmie zbiorą się ludzie.
Na dębowym stole rozwiną pergaminy.
I złożą na nich swoje podpisy.
A wszystko potwierdzą ich herbowe pieczęcie.
Później pojadą do najbliższego dworu
i tam założą sztab!

Wydaje mi się, że nastąpi to tej nocy,
lecz noc jest już zbyt późna…
A las i karczma zbyt ciche.

Może postanowili uczynić wszystko, co trzeba w ciemności i ciszy?!
(Taką mam jeszcze nadzieję…).

Lecz ani las, ani karczma, ani dwór
nie niosą z sobą najmniejszego choćby poruszenia.

I tylko gdzieś w głębi duszy widzę czarnego jeźdźca.
Ten jeździec spina konia i mknie coraz szybciej przez mroczny las.
I słyszę bicie jego serca:
Coraz szybsze…
Coraz bardziej desperackie…
Czarny jeździec się śpieszy
w duszy ma misję,
a głowie plan…
(Lecz ja ledwie mogę dostrzec zarys jego twarzy!),
i nagle przestaje mnie to obchodzić:
gdy wokół nic się nie dzieje,
a mnie zaczyna brakować tchu…

Nie ma karczmy, nie ma ludzi, nie ma dworu…

Tylko sen.

Ogier wpadł mi w obrusy!

Podkowami, kopytami
poszlakował czystą biel!
W mojej opinii, jego zachowanie było naganne.
Lecz Ogier skwitował to typowo końskim rżeniem.
Doprawdy nie wiem co robić w takich wypadkach.
Może powinienem odwołać się do jakiejś szacownej komisji,
Lecz jakoś tak głupio zajmować czas szacownym komisjom zabrudzonymi obrusami.
Z drugiej jednak strony, te czyste obrusy były szykowane na BOŻE NARODZENIE!

Szaleńcza wyprawa automobilem.

Nigdy nie kończy się przed przekroczeniem wszelkich możliwych zasad bezpieczeństwa.
Jest więc ostra jazda.
Bez wytchnienia i z piskiem wszystkiego, co tylko w samochodzie zapiszczeć może.
A później napotyka się na zakręt.
Lecz na zakręcie się tylko przyspiesza.
A później jedzie się jeszcze szybciej!
I wtedy następują konsekwencje.
Albo w ogóle ich nie ma…
Wszystko to nazywa się ryzykiem,
lub bardziej naukowo:
rachunkiem prawdopodobieństwa.
W każdym razie szaleńcza jazda automobilem
sprawia nam wszystkim przyjemność,
pytanie tylko, czy przyjemność rzeczywiście może być miarą ryzyka?

Lech Wałęsa, Leszek Moczulski i Marek Niedźwiecki.

Według mojej optyki, to trzy główne Postaci, które stały na czele ostatniej walki o Niepodległość Polski.
I pewnie, uwzględniając kryteria wprowadzanej obecnie szkolnej „podstawy programowej”, nie zaliczyłbym kilku ważnych egzaminów.
Ale wiecie co?
Mam to w nosie.
I to głęboko w nosie.
🙂

Pan Marzec.

W starym pociągu na trzecim siedzisku spoczywa tęgi Pan Marzec.
W rękach trzyma torbę wypchaną po brzegi kiełbasami.
Pan Marzec nie znosi niedostatku, szczególnie w kwestii kiełbasy!
Kiedyś kochał się w serach, ale teraz, wraz ze zbędnymi kilogramami, nadeszła epoka mięsa.
Era ta trwa od kilku lat.
I nie jest tak, że Pan Marzec nie je warzyw, ani owoców, nie wspomina sera…
Nie!
Nic z tych rzeczy!
Jego dietę wojskowi nazwaliby zapewne optymalną.
Kłopot tylko w tym, że Pan Marzec nie jest desantowcem.
Stąd to nagromadzenie zapasów tłuszczu i rozpychanie tkanek.
Pan Marzec jednak nic sobie z tego nie robi.
Każdego dnia zjada „przepisowe” nadmiary tanich kiełbas, wsiada do pociągu i jedzie do rodziny.
Pan Marzec może to robić bez skrępowania, bo nic go nie ogranicza.
Ma dobrą emeryturę, małe wygodne mieszkanko w centrum dużego miasta i ogrom wolnego czasu.
Lekarze są zadziwieni, że Pan Marzec nie cierpi ani na nadciśnienie, ani na cukrzycę.
Nie miewa też stanów przedzawałowych, ani depresji.
Radzą mu tylko dobrze, by zaczął o siebie dbać.
Kłopot jednak w tym, że Pan Marzec nie widzi powodu…
🙂

Sekretne życie Jean’a.

Jean…
w cielistych spodniach, z torbą z żółtej skóry,
w wysokim golfie z wełny shetland natural,
w czarnych lakierkach na bose stopy
i w dużych przeciwsłonecznych lustrzankach pod kędzierzawą, blond fryzurką…
(oto prawie kompletny opis postaci!)
Jean…
ucieka szeroką ulicą przed ścigającymi go panami w kapeluszach z wąskimi rondami i w prochowcach…
Mężczyźni, w przeciwieństwie do ściganego, nie przywiązują nadmiernej uwagi do wyglądu.
Dla nich ważniejszy był pościg.
(tak – oczywiście – to Policja!)
Jean…
Zgrabnie przeskakuje parkan,
później płot,
a następnie, z gracją, wspina się na mur.
Policjanci…
Żonaci panowie z brzuszkami, po czterdziestce,
Muszą chwilę pomyśleć zanim zlokalizują zardzewiałą, zieloną furtkę,
dzięki niej…
(może i bez gracji Jean’a!),
nadrabiają stracone sekundy.
Jean…
Policjanci…
Policjanci…
Jean…
Dynamika pościgu narasta!
Atmosfera się zagęszcza!
(w tle słychać jazzowy podkład muzyczny, jak w najlepszych filmach z brudnym Harry’m).
I nagle akcja się urywa…
Jean zdejmuje okulary.
Policjanci stają w miejscu i ściągają kapelusze.
Podkład muzyczny milknie.
Jeden moment.

Chwilę później wszyscy razem piją kawę i śmieją się z niedociągnięć.
Potem Jean sięga do kieszeni.
Szuka czegoś nerwowo i wyciąga komórkę.
(Szesnaście nieodebranych połączeń!)
Oddzwania.
W jednej chwili przestaje być zawadiackim dandysem.
– Tak Sophie, Oczywiście Sophie, Nie gniewaj się Sophie, Będzie jak zechcesz, Sophie.

I to już koniec zdjęciowego dnia.
Jean wraca do domu i potulnie zakłada pantofle,

Natomiast dwaj niechlujni dotąd stróże prawa
wracają do swojej roziskrzonej garderoby i spod ton lateksu wydobywają na wierzch drabinki.
Dla nich dzień jeszcze się nie skończył.
Wręcz przeciwnie!
Oni dopiero teraz zaznać muszą życia.

A to publikuję tak dla pamięci.

Że była kiedyś inna rzeczywistość.
I chociaż moje aspiracje i horyzonty w pełni mieszczą się w obecnych granicach,
to jednak w głębi duszy pamiętam,
że swego czasu, wraz z Braćmi: Litwinami, Białorusinami i Ukraińcami,
tworzyliśmy Wspólne Dzieło, które skutecznie krzyżowało plany moskiewskich imperatorów.
P.S.: A i Tatarzy się ucieszą z tych moich wspominków… 🙂

Którędy droga?

Zanim zniknie muszę spojrzeć na zegarek.
Tu rządzi teoria względności.
Wystarczy, że przez chwilę nasze spojrzenia się nie zgrają,
to Ty będziesz wiecznie młoda,
a ja, w mgnieniu oka, zostanę starcem.
Podobno czasoprzestrzenne kontinuum,
to wielka sala rozświetlana blaskiem teraźniejszości.
I w zasadzie wszystko można przewidzieć,
kłopot jedynie w tym,
że nikt nam nie podał rozkładu.

Byty!

Niech to będą Pobyty,
I dzięki nim niech będę… Obyty,
A po śmierci… Przebyty,
I oby tylko rajskie takie były…

A nie jakieś tam… Odbyty,
Piekielne,
Tylne,
I czarne,
Upstrzone bolesnymi hemoroidami…
A fe…
🙂

Older posts Newer posts

© 2026 RobertGorczyński.pl

Designe By ilonaDESIGNGóra ↑