RobertGorczyński.pl

Widzę Myślę Piszę

Tag: Jagiellonowie (page 39 of 81)

Czarny jeździec.

Wydaje mi się, że tej nocy nadejdzie wyzwolenie.
Przy karczmie zbiorą się ludzie.
Na dębowym stole rozwiną pergaminy.
I złożą na nich swoje podpisy.
A wszystko potwierdzą ich herbowe pieczęcie.
Później pojadą do najbliższego dworu
i tam założą sztab!

Wydaje mi się, że nastąpi to tej nocy,
lecz noc jest już zbyt późna…
A las i karczma zbyt ciche.

Może postanowili uczynić wszystko, co trzeba w ciemności i ciszy?!
(Taką mam jeszcze nadzieję…).

Lecz ani las, ani karczma, ani dwór
nie niosą z sobą najmniejszego choćby poruszenia.

I tylko gdzieś w głębi duszy widzę czarnego jeźdźca.
Ten jeździec spina konia i mknie coraz szybciej przez mroczny las.
I słyszę bicie jego serca:
Coraz szybsze…
Coraz bardziej desperackie…
Czarny jeździec się śpieszy
w duszy ma misję,
a głowie plan…
(Lecz ja ledwie mogę dostrzec zarys jego twarzy!),
i nagle przestaje mnie to obchodzić:
gdy wokół nic się nie dzieje,
a mnie zaczyna brakować tchu…

Nie ma karczmy, nie ma ludzi, nie ma dworu…

Tylko sen.

Ogier wpadł mi w obrusy!

Podkowami, kopytami
poszlakował czystą biel!
W mojej opinii, jego zachowanie było naganne.
Lecz Ogier skwitował to typowo końskim rżeniem.
Doprawdy nie wiem co robić w takich wypadkach.
Może powinienem odwołać się do jakiejś szacownej komisji,
Lecz jakoś tak głupio zajmować czas szacownym komisjom zabrudzonymi obrusami.
Z drugiej jednak strony, te czyste obrusy były szykowane na BOŻE NARODZENIE!

Szaleńcza wyprawa automobilem.

Nigdy nie kończy się przed przekroczeniem wszelkich możliwych zasad bezpieczeństwa.
Jest więc ostra jazda.
Bez wytchnienia i z piskiem wszystkiego, co tylko w samochodzie zapiszczeć może.
A później napotyka się na zakręt.
Lecz na zakręcie się tylko przyspiesza.
A później jedzie się jeszcze szybciej!
I wtedy następują konsekwencje.
Albo w ogóle ich nie ma…
Wszystko to nazywa się ryzykiem,
lub bardziej naukowo:
rachunkiem prawdopodobieństwa.
W każdym razie szaleńcza jazda automobilem
sprawia nam wszystkim przyjemność,
pytanie tylko, czy przyjemność rzeczywiście może być miarą ryzyka?

Lech Wałęsa, Leszek Moczulski i Marek Niedźwiecki.

Według mojej optyki, to trzy główne Postaci, które stały na czele ostatniej walki o Niepodległość Polski.
I pewnie, uwzględniając kryteria wprowadzanej obecnie szkolnej „podstawy programowej”, nie zaliczyłbym kilku ważnych egzaminów.
Ale wiecie co?
Mam to w nosie.
I to głęboko w nosie.
🙂

Pan Marzec.

W starym pociągu na trzecim siedzisku spoczywa tęgi Pan Marzec.
W rękach trzyma torbę wypchaną po brzegi kiełbasami.
Pan Marzec nie znosi niedostatku, szczególnie w kwestii kiełbasy!
Kiedyś kochał się w serach, ale teraz, wraz ze zbędnymi kilogramami, nadeszła epoka mięsa.
Era ta trwa od kilku lat.
I nie jest tak, że Pan Marzec nie je warzyw, ani owoców, nie wspomina sera…
Nie!
Nic z tych rzeczy!
Jego dietę wojskowi nazwaliby zapewne optymalną.
Kłopot tylko w tym, że Pan Marzec nie jest desantowcem.
Stąd to nagromadzenie zapasów tłuszczu i rozpychanie tkanek.
Pan Marzec jednak nic sobie z tego nie robi.
Każdego dnia zjada „przepisowe” nadmiary tanich kiełbas, wsiada do pociągu i jedzie do rodziny.
Pan Marzec może to robić bez skrępowania, bo nic go nie ogranicza.
Ma dobrą emeryturę, małe wygodne mieszkanko w centrum dużego miasta i ogrom wolnego czasu.
Lekarze są zadziwieni, że Pan Marzec nie cierpi ani na nadciśnienie, ani na cukrzycę.
Nie miewa też stanów przedzawałowych, ani depresji.
Radzą mu tylko dobrze, by zaczął o siebie dbać.
Kłopot jednak w tym, że Pan Marzec nie widzi powodu…
🙂

Sekretne życie Jean’a.

Jean…
w cielistych spodniach, z torbą z żółtej skóry,
w wysokim golfie z wełny shetland natural,
w czarnych lakierkach na bose stopy
i w dużych przeciwsłonecznych lustrzankach pod kędzierzawą, blond fryzurką…
(oto prawie kompletny opis postaci!)
Jean…
ucieka szeroką ulicą przed ścigającymi go panami w kapeluszach z wąskimi rondami i w prochowcach…
Mężczyźni, w przeciwieństwie do ściganego, nie przywiązują nadmiernej uwagi do wyglądu.
Dla nich ważniejszy był pościg.
(tak – oczywiście – to Policja!)
Jean…
Zgrabnie przeskakuje parkan,
później płot,
a następnie, z gracją, wspina się na mur.
Policjanci…
Żonaci panowie z brzuszkami, po czterdziestce,
Muszą chwilę pomyśleć zanim zlokalizują zardzewiałą, zieloną furtkę,
dzięki niej…
(może i bez gracji Jean’a!),
nadrabiają stracone sekundy.
Jean…
Policjanci…
Policjanci…
Jean…
Dynamika pościgu narasta!
Atmosfera się zagęszcza!
(w tle słychać jazzowy podkład muzyczny, jak w najlepszych filmach z brudnym Harry’m).
I nagle akcja się urywa…
Jean zdejmuje okulary.
Policjanci stają w miejscu i ściągają kapelusze.
Podkład muzyczny milknie.
Jeden moment.

Chwilę później wszyscy razem piją kawę i śmieją się z niedociągnięć.
Potem Jean sięga do kieszeni.
Szuka czegoś nerwowo i wyciąga komórkę.
(Szesnaście nieodebranych połączeń!)
Oddzwania.
W jednej chwili przestaje być zawadiackim dandysem.
– Tak Sophie, Oczywiście Sophie, Nie gniewaj się Sophie, Będzie jak zechcesz, Sophie.

I to już koniec zdjęciowego dnia.
Jean wraca do domu i potulnie zakłada pantofle,

Natomiast dwaj niechlujni dotąd stróże prawa
wracają do swojej roziskrzonej garderoby i spod ton lateksu wydobywają na wierzch drabinki.
Dla nich dzień jeszcze się nie skończył.
Wręcz przeciwnie!
Oni dopiero teraz zaznać muszą życia.

A to publikuję tak dla pamięci.

Że była kiedyś inna rzeczywistość.
I chociaż moje aspiracje i horyzonty w pełni mieszczą się w obecnych granicach,
to jednak w głębi duszy pamiętam,
że swego czasu, wraz z Braćmi: Litwinami, Białorusinami i Ukraińcami,
tworzyliśmy Wspólne Dzieło, które skutecznie krzyżowało plany moskiewskich imperatorów.
P.S.: A i Tatarzy się ucieszą z tych moich wspominków… 🙂

Którędy droga?

Zanim zniknie muszę spojrzeć na zegarek.
Tu rządzi teoria względności.
Wystarczy, że przez chwilę nasze spojrzenia się nie zgrają,
to Ty będziesz wiecznie młoda,
a ja, w mgnieniu oka, zostanę starcem.
Podobno czasoprzestrzenne kontinuum,
to wielka sala rozświetlana blaskiem teraźniejszości.
I w zasadzie wszystko można przewidzieć,
kłopot jedynie w tym,
że nikt nam nie podał rozkładu.

Byty!

Niech to będą Pobyty,
I dzięki nim niech będę… Obyty,
A po śmierci… Przebyty,
I oby tylko rajskie takie były…

A nie jakieś tam… Odbyty,
Piekielne,
Tylne,
I czarne,
Upstrzone bolesnymi hemoroidami…
A fe…
🙂

Kocie Oczy.

Zawsze przeczuwałem, że koty mają w sobie coś z węży.
Słyszałem kiedyś opowieść o człowieku, który trzymał w domu pytona.
Przyrodnik ów był bardzo tolerancyjny dla swego pupila i nie zamykał go w terrarium.
Pyton ten przechadzał się więc swobodnie po jego mieszkaniu.
I każdego dnia rósł i robił się coraz większy.
Aż w końcu zaczął układać się przy łóżku swego chlebodawcy.
Pyton leżał i się nie poruszał.
(I trwało to całe godziny…)
Aż w końcu właściciel węża zaniepokoił się i poszedł do weterynarza.
Opowiedział lekarzowi swoją historię i… włosy stanęły mu dęba!
Medyk poradził mu by oddał swojego „pupila” do zoologicznego ogrodu,
Zdaniem eksperta wąż ów zyskał dojrzałość i zaczął porównywać swoją długość z rozmiarem potencjalnej ofiary…

Niedawno słyszałem podobną opinię o kotach.
Podobno jedyne co nas przed nimi ratuje, to ich niezbyt pokaźny rozmiar…

Older posts Newer posts

© 2026 RobertGorczyński.pl

Designe By ilonaDESIGNGóra ↑