RobertGorczyński.pl

Widzę Myślę Piszę

Tag: sarmacja (page 39 of 79)

A to publikuję tak dla pamięci.

Że była kiedyś inna rzeczywistość.
I chociaż moje aspiracje i horyzonty w pełni mieszczą się w obecnych granicach,
to jednak w głębi duszy pamiętam,
że swego czasu, wraz z Braćmi: Litwinami, Białorusinami i Ukraińcami,
tworzyliśmy Wspólne Dzieło, które skutecznie krzyżowało plany moskiewskich imperatorów.
P.S.: A i Tatarzy się ucieszą z tych moich wspominków… 🙂

Którędy droga?

Zanim zniknie muszę spojrzeć na zegarek.
Tu rządzi teoria względności.
Wystarczy, że przez chwilę nasze spojrzenia się nie zgrają,
to Ty będziesz wiecznie młoda,
a ja, w mgnieniu oka, zostanę starcem.
Podobno czasoprzestrzenne kontinuum,
to wielka sala rozświetlana blaskiem teraźniejszości.
I w zasadzie wszystko można przewidzieć,
kłopot jedynie w tym,
że nikt nam nie podał rozkładu.

Byty!

Niech to będą Pobyty,
I dzięki nim niech będę… Obyty,
A po śmierci… Przebyty,
I oby tylko rajskie takie były…

A nie jakieś tam… Odbyty,
Piekielne,
Tylne,
I czarne,
Upstrzone bolesnymi hemoroidami…
A fe…
🙂

Kocie Oczy.

Zawsze przeczuwałem, że koty mają w sobie coś z węży.
Słyszałem kiedyś opowieść o człowieku, który trzymał w domu pytona.
Przyrodnik ów był bardzo tolerancyjny dla swego pupila i nie zamykał go w terrarium.
Pyton ten przechadzał się więc swobodnie po jego mieszkaniu.
I każdego dnia rósł i robił się coraz większy.
Aż w końcu zaczął układać się przy łóżku swego chlebodawcy.
Pyton leżał i się nie poruszał.
(I trwało to całe godziny…)
Aż w końcu właściciel węża zaniepokoił się i poszedł do weterynarza.
Opowiedział lekarzowi swoją historię i… włosy stanęły mu dęba!
Medyk poradził mu by oddał swojego „pupila” do zoologicznego ogrodu,
Zdaniem eksperta wąż ów zyskał dojrzałość i zaczął porównywać swoją długość z rozmiarem potencjalnej ofiary…

Niedawno słyszałem podobną opinię o kotach.
Podobno jedyne co nas przed nimi ratuje, to ich niezbyt pokaźny rozmiar…

Twarz Pana Boga.

Ktoś namalował ją wieki temu na białej ścianie.
Pewnie nie rozumiał, że według Kościoła nikt nie powinien wiedzieć jak ona wygląda.
Zapewne nie był też świadom ów malarz tego,
że w natchnieniu mimowolnie skopiował wyobrażenie Greków o obliczu Zeusa.
A jednak powstała…
Twarz Pana Boga.
I dla wielu innych ludzi taka ona właśnie jest:
Twarz starszego mężczyzny zatroskanego losami Świata.

Kłopot tylko w tym, że do tego Ojca można dziś mieć całkiem sporo żalu i pretensji…

Cesarz.

Nigdy nie miałem zaszczytu poznać Najjaśniejszego Pana osobiście
ponieważ był łaskaw przejść do historii
zanim pojawiłem się na tym Świecie.
Po raz pierwszy spotkałem Najjaśniejszego Pana
w szkolnym podręczniku.
Pojawił się na stronie 126
w bardzo eleganckim mundurze z orderami i pióropuszem.
Stał na podeście i pozdrawiał żołnierzy idących na Wielką Wojnę.
Z tego co wiem, ta wojna stanowczo przerosła wyobrażenia Najjaśniejszego Pana.
W efekcie okoliczności zmusiły Jego Wysokość do abdykacji.
Wielka szkoda, że Najjaśniejszy Pan podjął tak radykalną decyzję,
a Moi Przodkowie znosić musieli terror pewnego wyjątkowo wrednego kaprala z niedorzecznym wąsikiem!
Ale czy mogę winić za to Cesarza?
🙂

Solą w oku Putinowi ten znak.

I wcale się nie dziwię!
Bo ZJEDNOCZENIE i SZCZERA SOLIDARNA BRATERSKA WSPÓŁPRACA
Litwy, Ukrainy, Białorusi i Polski
zmieniłaby układ sił w Europie.
MYŚLĘ, ŻE KIEDYŚ WSZYSCY TO ZROZUMIEMY!
Tak jak wiedział to i rozumiał
Książę, Redaktor Jerzy Giedroyć.

Pierwszy tegoroczny renifer!

Słuchajcie!
Widziałem już pierwszego renifera!
I Pewnie, że był jakiś dziwny!
Taki wczesny…
Umorusany
Nadpobudliwy
Cały uturlany w szronie…!
Biegał więc tu i tam
Dzwoniąc regulaminowym reniferowym dzwoneczkiem!.

I wiecie co?!
Nawet nie próbowałem za nim biec!
Wręcz przeciwnie!
Nie zrobiłem nic.
Uśmiechałem się tylko nieśmiało.

Bo przecież Święta to taka niezwykła pora…
A poza tym tak łatwo jest spłoszyć pierwszego gwiazdkowego renifera…
🙂

Serce.

Przechadzamy się boso po piasku.
Przeciągamy się i ziewamy.
Mamy oddech przyspieszony,
(I ciśnienie zbyt wysokie!),
I najczęściej nic nam nie pasuje.
Nawet wtedy,
gdy jesteśmy naprawdę szczęśliwi.

Niech więc będzie przeklęty ten, który to zaczął!
Niech gryzie ziemię!
Niechaj zapomniane będzie imię jego!

Wiesz…
Często widzę Twoją Twarz tam, gdzie jej nie ma.
I nie jestem pewien,
czy to Ona.
Ale wierzę głęboko,
że sny nie kłamią,
Że dusze się widzą,
A to, co dobre jest nam przeznaczone.

Widzę Cię więc nieustannie!
A miłość,
Jak Anioł Biały,
Jest zawsze przy mnie.
Szczególnie wtedy,
Kiedy naprawdę mi Jej potrzeba…

Wielki Polny Wąż.

Słońce było jeszcze bardzo nisko nad horyzontem, kiedy stary Antoni z synem Krystkiem i Marcin ze swoim pierworodnym Jontkiem, wyszli w pole.
Czekał ich ciężki dzień.
Ledwie wczoraj wieczorem oracze natrafili w polu na trzy wielkie kamienie. Głazy leżały obok siebie i do zmroku nie ustalono, jak głęboko sięgały i jak bardzo mogły być ciężkie.
Ostatecznie oracze postanowili rzecz całą zbadać o świcie. Antoni i Marcin mieli nadzieję, że nie trzeba będzie prosić hrabiego o konie, bo choć pan chętnie godził się na takie przysługi, to jednak później zawsze trzeba się było odwdzięczyć odrobkiem.
Kiedy chłopi dotarli do kamieni, nad pobliskim lasem zerwało się stado wron. Ptaki z głośnym krakaniem okrążyły pole i odleciały w kierunku wsi.
Głazy nosiły ślady wczorajszych prób podkopania. Teraz jednak wyglądały na jeszcze większe i cięższe niż wczoraj.
– Nie wygląda to najlepiej – ocenił sprawę Antoni.
– Coś mi się tak zdaje… – zgodził się Marcin.
– Tego mniejszego ruszymy sami i może wyorzemy – ciągnął Antoni. – Józef od Matusa ma dwójkę koni i wóz. Za trzy flasze i ziemniaki na pewno pomoże. Ale te dwa większe, to już insza inszość.
– Nie obędzie się bez odrobku… – skonstatował gorzko Marcin.
– Ani chybi – potwierdził Antoni.
– Trzeba będzie wziąć z majątku po sześć koni do kamienia i ze dwa ciężkie wozy do zwózki.
– Za to wszystko ekonom, ani chybi, policzy sobie z tydzień na pańskim polu – szacował Marcin.
– To, albo z kamieniami macie Marcinie pół morgi roli mniej… – zauważył Antoni.
– Racja. Takie życie. – westchnął Marcin. – Od czego zaczniemy?
– Najpierw obkopmy najmniejszy kamień i zobaczmy, co pod nim jest: czy ziemia, czy może jeszcze inne kamienie – stwierdził Antoni. – A potem pójdę zgadać się z Józefem.
– Niech tak będzie – rzekł Marcin i chłopi wzięli się do pracy.
Mieli ze sobą wszystko co trzeba: liny, łańcuch, kilofy i łopaty. Razem z synami dziarsko wzięli się za wykopywanie kamienia.
Z początku wszystko szło gładko. Łopaty natrafiały na samą ziemię, a kilofy łatwo odnajdowały krawędzie głazu.
W końcu pod wystający brzeg kamienia udało im się podciągnąć łańcuch.
Ujęli jego dwa końce i zaczęli ciągnąć. Zamierzali postawić głaz na sztorc, a później wyrzucić go na powierzchnię ziemi.
I wtedy stało się coś strasznego.
Kamień przez moment zachowywał się tak, jak oczekiwali, ale chwilę później z impetem osunął się w głąb ziemi.
Wyglądało to tak, jakby ruszony głaz zatykał wylot jakiejś pieczary.
Oracze nie zdążyli zareagować, kiedy część otaczającego pola zapadła się, a kamień i Krystek, syn Antoniego, zsunęli się do zapadliska.
– Na Boga! Na Boga! Synu! – lamentował Antoni.
– Musimy go wyciągnąć! Jontek! – wrzasnął Marcin. – Biegnij do domu po żagwie i dodatkowe liny! Biegnij i to szybko!
Jontek wykonał polecenie ojca i w ciągu dwóch pacierzy był przy głazach z worem pełnym żagwi, krzesiwem i dwoma długimi linami.
– Wiążemy! – powiedział Marcin i obaj starsi oracze uwiązali liny do największego z głazów i zeszli w dół.
– Krystek! Krystek! – wołał Antoni, ale z dołu nie dochodził żaden dźwięk.
Krzepcy mężczyźni szybko opuszczali się po stromym, ziemnym uskoku i w końcu stanęli u jego podnóża.
A kiedy zapalili żagwie zamarli z zaskoczenia. Krystka nie zobaczyli. Natomiast na dnie głębokiego, ziemnego dołu dostrzegli coś, co wyglądało jak wielki, gładki i połyskujący kamień.
Wkrótce jednak chłopi pojęli, że nie patrzą na kamień, ale na zwinięte cielsko gigantycznego węża.
Wąż z początku leżał nieruchomo. Oracze nie wiedzieli co robić, a chwilę później popełnili ogromny błąd…
Wąż poruszył się, a chłopi wpadli w panikę i zaczęli wspinać się na linach.
Ihtimia Inblandia, zwana Wielkim Polnym Wężem, też zachowała się odruchowo i w ciągu kilku sekund rozdarła ciała oraczy na strzępy, a później wypełzła na pole.
Los Antoniego i Marcina podzielił także Jontek, który na widok gada zemdlał i przewrócił się na ziemię.
Wygłodniała bestia zobaczyła jednak ruch i poczuła zapach ludzkiego ciała.
Jontek nie przeżył kolejnych dwóch minut.
Potem wielki wąż popełzł szybko, łukiem w kierunku lasu.
Krystek ocknął się z wielkim bólem głowy dopiero wtedy, kiedy pół wsi zeszło się na pole, by szukać oraczy i dociekać, co takiego się tam stało.
Krystka wyciągnięto na powierzchnię, ale oszołomiony chłopak nie potrafił nic powiedzieć.
Kiedy wpadł pod ziemię, uderzył głową w grunt, a nogą trącił ogon Ihtimii.
Wtedy Wielki Polny Wąż zaczął budzić się z bardzo długiego snu.
Chłopi długo dziwili się temu wszystkiemu.
Coś jednak zmieniło się w okolicy.
W pobliskich wsiach zaczęli ginąć ludzie,
a las w którym schroniła się Ihtimia Inblandia zwać zaczęto ponurym,
albo strasznym lasem…

Dobranoc Państwu.
🙂

Older posts Newer posts

© 2026 RobertGorczyński.pl

Designe By ilonaDESIGNGóra ↑