RobertGorczyński.pl

Widzę Myślę Piszę

Tag: Wawel (page 50 of 80)

Gładka skóra.

Od twarzy aż po sutków czubki.
Od łokci aż po sekretne zakamarki,
Te zagubione pomiędzy kolanami,
A każdą z tych sfer niebytu,
O których Polacy nie potrafią mówić bez zażenowania…
Wszędzie tam powinna być
gładka skóra,
I to tak gładka,
Jak zwierciadło wody głębokiej,
Niczym nie zmąconej
I tak niewinnej,
Jak rusałka kusząca młodzieńców
Nad brzegami błękitnego stawu!

Niby taka dziewicza!
Niby tak bezwolna!
A jednak
Zdolna skazać
Każdego z nich
Na ciasny bezdech
Wśród nieczystej dennej toni.

Kocham Węgry i Węgrów!

Znowu miałem okazję i ZASZCZYT spotkać się z Nimi!
I chociaż nadal NIESTETY pojąć nie potrafię Ich języka,
To mam wrażenie, że DOSKONALE wyczuć umiem Ich DUSZĘ!

I wcale się nie dziwię, że Nasi Przodkowie,
W dawnych wiekach tak chętnie tam bywali!

Vivat Węgry!
Vivat Węgrzy!

Honor oficera.

Można mieć piękny piróg,
I mundur barwny prosto od najlepszego krawca.
Można mieć buty z cholewami pod kolana
Wyglancowane przez karnego ordynansa,
Można mieć i orderów tuzin
I pieniędzy jak lodu…
Ale jeśli ma się zamiast serca gówno,
To jego odór przebije się nawet przez najlepsze paryskie perfumy.
Warto więc zacząć od serca,
Warto zacząć od niego!

A piękny mundur?
Nic to!
Piękny mundur się dokupi!

Słomkowy kapelusz.

Już teraz rozłożył się rondem po sam horyzont,
Choć jeszcze lato nie zaczęło się na dobre!
Słomkowy kapelusz:
Nieodłączny atrybut letniej swobody,
I towarzysz zachodów Słońca.
Wszystkich tych wesołych chwil na kołobrzeskiej plaży…

Mój Boże!
Teraz dopiero zrozumiałem,
Jak wiele mu zawdzięczam.
🙂

Leniwa historia.

Spadła z drzewa, bo rozluźniła wszystkie mięśnie.
Nawet te, które związane są z fizjologią.
(Ale o tym pisać nie będę, bo nie byłaby to historia leniwa, a raczej obrzydliwa… 🙂
W każdym razie, kiedy nasza historia spadła już z tego drzewa,
To i tak nie zmieniła niczego w swoim zachowaniu.
W efekcie, kolejne godziny spędziła w pozycji leżącej:
Na trawie,
W cieniu drzewa,
We względnym chłodzie,
W wilgoci.

Aż nadjechał traktor i MOCNO ją zafascynował!
Próbowała nawet biec za nim!
Ale jej się nie udało,
(Była na to – po prostu – zbyt leniwa).
Stęknęła więc,
Sapnęła,
I znowu upadała.
Tym razem miękko zatopiła się w zieleni.

I podobno leży tam do dziś,
Lecz jak dotąd nikt jej nie odnalazł.

A pewien Stary Mędrzec twierdzi,
że to dlatego, że tak mało w nas spokoju…
🙂

Do tych, którzy pragną zniszczenia Unii Europejskiej.

Naprawdę pasuje wam powrót do tego, co było w XIX. wieku?
Naprawdę pasują wam wojny między Francuzami, Anglikami i Niemcami?!
Pasują wam Polacy umierający na wszystkich tych frontach?
Pasują wam Rosjanie mieszający się do naszych spraw?

Naprawdę wam to wszystko pasuje?!

Bo przy tym o czym piszę
I co jasno wynika z ewentualnego rozpadu Unii Europejskiej,
Wszystkie wasze argumenty brzmią śmiesznie i blado!

Ale tego wy – „eurosceptycy”
Po prostu nie widzicie.

Kim więc jesteście:
Wy, którzy z taką niecierpliwością wyczekujecie ruiny Naszego Wspólnego Ładu?!

 

Trzewia wielkiej ryby.

Ogarniają sporą połać morskiej głębiny.
Szczególnie na starych mapach opisujących krańce Świata.
Tam trzewia wielkiej ryby z łatwością potrafią przesłaniać całe archipelagi.
A woda wokół nich jest spieniona.
One zaś mkną na zatracenie
Będąc postrachem dla mniej odważnych,
I pomniejszych matrosów.
Bo trzewia wielkiej ryby
To taka tajemnica,
Którą zgłębić mogą jedynie
Kolumbowie,
Magellanowie,
Kapitanowie Cookowie,
I wszyscy inni,
Którzy nie zadowalają się zwykłym strachem,
Ale wolą zobaczyć trzewia wielkiej ryby
Na własne oczy.

Rzeczpospolita.

Tam jest, gdzie są Polacy
Gotowi patrzeć prosto w oczy swoim sąsiadom.
Ale patrzeć prosto w oczy nie oznacza patrzeć z nienawiścią.
Nie oznacza spoglądać z wyrzutem.
Nie oznacza okazywać przewrażliwienia.
Patrzeć prosto w oczy, znaczy śmiać się z angielskich dowcipów,
Znaczy mieć włoski luz
I francuską manierę.
A maniera ta polega na tym,
Że ubiera się w polski, szlachecki kontusz,
Każdego napotkanego Francuza!
Lecz wtedy ze zdziwieniem usłyszymy,
Że tak właśnie zachowują się Polacy!
I wiem co mówię, bo byłem w Amsterdamie
Z czerwoną, krakowską rogatywką na głowie.

Czarna opowieść.

Opowieść tak ciemnia jak sam spód nocy,
Otoczona ciemnością tak smolistą, że nie wiadomo,
Czy przeciwległa ściana jest przed samym nosem,
Czy też trzy długie metry dalej.
(Znacie to uczucie?)

Ja poznałem je,
Kiedy zszedłem do podziemi.

Niemieckie bunkry wijąc się zygzakami,
Przyniosły mi ciemność prawdziwą.
Na szczęście tych, którzy je stworzyli,
Dawno już tam nie było,
(Bo nie wyobrażam sobie,
Aż tak wielkiej eskalacji!)

Poznałem ciemności więc,
Kiedy już nie żyły
A jednak
Ziemia pod nimi
Tak nasiąknięta była mazią,
Że sięgała aż do samych piekieł!

I wtedy zrozumiałem,
Że w dziwnych stworach z obrazów Hieronima Bosha
Nie ma niczego fascynującego,
A ich pozorne blaski,
To jedynie czar pokusy.

I tylko światło jest czyste,
A zły ma moc odbijania go
W tysiącu kolorowych kryształów.

Byle byś tylko szedł za nimi
Byle byś tylko patrzył.
Bo najwyższą ceną (i zyskiem jego), jest strata czasu.

Co powinno stać się z Hitlerem?

Gdyby go schwytano – KONIECZNIE ŻYWCEM,
Powinno się wynaleźć taką maszynę,
Która milimetr po milimetrze odcinałaby każdy kawałek jego ciała,
A z każdym odciętym milimetrem,
Powinno mu się czytać jedno nazwisko zamordowanego Żyda, Polaka, Cygana,
I każdego innego niewinnie zabitego.
Aż w jego groteskowych oczach pojawiłyby się łzy.
Tak – powinien on cierpieć srodze i gorzko płakać
Za to co rozpętał i co zrobił niewinnym ofiarom.

On i każdy jemu podobny morderca.

Older posts Newer posts

© 2026 RobertGorczyński.pl

Designe By ilonaDESIGNGóra ↑